Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Avengers: Nie poddamy się

Avengers. Nie poddamy się nie miało prawa się nie udać. Po (moim oczywiście zdaniem) świetnym evencie jakim było Tajne Imperium, Marvel był jeszcze na fali wznoszącej, relacje między bohaterami były jeszcze w bardzo dobrym okresie, a komiksy czytało się po prostu przyjemnie. W pewnym momencie zapowiedziano serię, która nie tylko miała obejmować najważniejsze postaci, ale jeszcze na dodatek główne zeszyty miały ukazywać się co tydzień. W skrócie- miała to być bardzo intensywna dawka dobrej przygody. Nie zapominajmy jeszcze, że na papierze wszystko wygląda doskonale- nawet nazwiska scenarzystów brzmią tutaj nad wyraz zachęcająco (Al Ewing, Mark Waid i Jim Zub tworzyli w tym czasie świetne komiksy dla Marvela). I chyba właśnie tak duże oczekiwania zbiły mnie lekko z tropu, przez co… umiarkowanie zawiodłem się podczas lektury. Nie chcę być zrozumiany źle na samym wstępie- to nie jest zły komiks. Powiedziałbym nawet, że jest niezły (jakkolwiek by to nie brzmiało). Nie jest jednak aż tak dobry, jak mogłoby się oczekiwać.

Ale zacznijmy od początku. Już po okładce wiemy, że Avengersi z różnych grup staną ramię w ramię by walczyć z kosmicznym zagrożeniem. Niby nic nowego. W tej sytuacji jednak kosmiczne zagrożenie będzie wielowarstwowe. Nie dość, że Ziemia znika z orbity, pojawiają się na niej dziwne przedmioty, to jeszcze nie wiedzieć czemu najeżdżają ją dwie drużyny kosmicznych zbirów rozgrywające pomiędzy sobą coś w rodzaju kosmicznego pojedynku. Mało? W istocie wrogie drużyny są pionkami w rękach przedwiecznych, a ziemia jest planszą, na której toczy się rozgrywka. Avengers są natomiast czymś w rodzaju naturalnego otoczenia, przeszkadzaczami w pojedynku. 

Zamysł komiksu jest chyba jego największą bolączką. Bo okej (o tym zresztą za chwilę powiem), mamy w tu parę naprawdę ciekawych i rozwiniętych wątków. Okej, scenarzyści wyciągają naprawdę sporo z niektórych postaci. Ale co z tego, jeżeli ta historia jest tak naprawdę kolejną wariacją na temat Secret Wars (w bardzo dużym uproszczeniu). Zawiodłem się. Kiedy mam do czynienia z dużym eventem, oczekuję raczej czegoś przemyślanego i zawiłego. Taki musi być też sam pomysł, a ten tutaj do mnie zupełnie nie trafia. To tak naprawdę gra Marvel Champions przerzucona na karty komiksu. Niektórym może to odpowiadać. Mi niestety nie. 

Taką fabułę ratuje jednak forma. W oryginale zeszyty ukazywały się co tydzień, dzięki czemu czytelnik nie zapominał między zeszytami co się ostatnio stało. Z racji zamysłu komiksy były też wypełnione akcją po brzegi. Taka częstotliwość wydawania świetnie się sprawdzała, bo jednak cały czas trzymała w napięciu (które było spowodowane raczej nawalankami, niż jakimiś fabularnymi zawiłościami). W przypadku czytania wydania zbiorczego sprawdza się to jeszcze lepiej! Czytamy komiks i na dobrą sprawę nie mamy nawet chwili, żeby złapać oddech. Mimo tego, co napisałem wyżej, czasem naprawdę ciężko oderwać się od lektury. Szkoda tylko, że nie dlatego, że chcę dowiedzieć się jakiejś wyrażonej w komiksie tajemnicy, ale dlatego, że chcę zobaczyć jak mój ulubiony bohater jeszcze raz daje komuś wycisk. No cóż, skoro jest to dobrze zrobione, to dobre i to…

Komiks wywołał też niemałe kontrowersje, zwłaszcza w początkowej fazie ukazywania się jego zeszytów. Wszystko dlatego, że twórcy zafundowali nam coś w stylu retconu i to takiego poważnego retconu. Mianowicie komiks pokazuje nam jedną z założycielek Avengers, której wcześniej nie znaliśmy, a o której bohaterowie Marvela z jakiś powodów zapomnieli. Nie będę tutaj się specjalnie zagłębiał, bo nie chcę nikomu spoilować tego jak akcja się rozwija na tym polu. Niemniej, w moim odczuciu to jak się to wszystko potoczy było oczywiste już od pierwszych scen pojawienia się postaci i nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, w związku z tym pojawienie się nowej, nieznanej Avengerki uważam za dosyć słabe zagranie. Przy tym jednak wypada wspomnieć, że jest ona bardzo dobrą postacią i jako taką bardzo lubię. Chodzi mi tu tylko o to, że cały zabieg fabularny był przewidywalny i dosyć niskich lotów. 

Wspomniałem wcześniej o tym, że komiks dobrze wykorzystuje postaci w nim występujące. Naprawdę bardzo dobrze ukazane są pomiędzy nimi relacje, nawet jeżeli czasem mogą wydawać się naiwne. Tak czy inaczej, w niektórych przypadkach jest naprawdę dobrze, co jest mimo wszystko zaskakujące jak na prostą nawalanke. Kiedy ktoś traci (chociażby czasowo) swojego przyjaciela lub partnera- czujemy ten ból. Kiedy bohaterowie podejmują irracjonalne decyzje- wiemy, że jest to podyktowane uczuciem, poczuciem obowiązku, czy jeszcze czymś innym. Stosunkowo łatwo jest te wszystkie postaci zrozumieć. I to jest super.

Na plus należy poczytać także pojawienie się (a w zasadzie powrót) Hulka. I wiem, że w kontekście wydarzeń z dwóch ostatnich eventów ten występ może wydawać się całkowicie zbędny i na siłę. Ale proszę, poczekajcie jeszcze kilka miesięcy. Tak, będziemy świadkami tego jak Hulk daje wycisk postaciom po jednej i drugiej stronie barykady. Z tym, że… Ten Hulk jest zupełnie inny od tego, którego znamy. W tym komiksie nie widzimy tego jeszcze tak wyraźnie, jednak jest to zapowiedź większej akcji, którą na szczęście polscy czytelnicy będą mieli szansę poznać. Na ten moment muszę powiedzieć, że zapowiedź sprawdza się świetnie. 

Całość opatrzona jest oczywiście bardzo dobrą warstwą graficzną. Trzeba Marvelowi przyznać jedno- może nie zawsze eventy stoją na wysokim poziomie, ale zawsze są przyjemne dla oka. Tak i też jest w tym wypadku. Tylko tyle i aż tyle.

Jak w świetle tego co napisałem wyżej ocenię ten komiks? Raczej na plus. Na pewno jest w porządku. Niezależnie od tego, co chcieli osiągnąć twórcy nie jest to ani przełomowe dzieło ani coś, co porwie nas na tyle, że będziemy to wspominać długo. To przede wszystkim prosta historia (znowu- najpewniej wbrew intencji twórców), która dobrze działa sama w sobie. Czy warto przeczytać? Nie użyłbym takiego określenia. Bardziej - zdecydowanie można przeczytać. Jeżeli lubicie nawalanki to tytuł, który sprawdza się znakomicie. Jeżeli lubicie nieskomplikowane i raczej przewidywalne historie superbohaterskie albo chcecie się oderwać od poważniejszej lektury, to znowu- Avengers. Nie poddamy się sprawdza się znakomicie. Jeżeli jednak chcecie przeczytać coś mocnego i zapadającego w pamięć, to raczej się zawiedziecie. Ja początkowo, kiedy czytałem ten komiks wraz z premierami poszczególnych odcinków zawiodłem się. Kiedy jednak wiedziałem już z czym to się je, bawiłem się naprawdę nieźle. Wszystko zależ tu chyba od podejścia czytelnika. 

Krzysiek Sobieraj

Avengers: Nie poddamy się
scenariusz: Al Ewing, Jim Zub, Mark Waid
rysunki: Kim Jacinto, Pepe Larraz, Paco Medina
tłumaczenie: 
Liczba stron: 400
Cena z okładki: 89,99 zł 


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2021 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.